Książki, Luźne Pogaduchy

Luźne Pogaduchy z Anną M. Damasiewicz – grafikiem oraz projektantką okładek do książek

by -
luzne-pogaduchy-z-anna-m-damasiewicz-grafikiem-oraz-projektantka-okladek-do-ksiazek

30luznepogaduchyWitajcie Kochani! Postanowiłam wznowić dział luźne pogaduchy. Mam nadzieję, iż rozkręci się on ponownie jak tylko urodzę i fizycznie będę mogła więcej czasu spędzić przy komputerze.

Okładka to wbrew pozorom bardzo ważny element książki. Czasem przymykamy oko na jej niedociągnięcia, gdy treść powieści jest warta uwagi, ale w większości wypadków to ona zachęca nas do kupna – żywe barwy, nawiązania do tematyki utworu, oryginalność. Dziś zapraszam Was na bardzo interesujące pogaduchy z Anną M. Damasiewicz – grafikiem oraz projektantką okładek do książek. Standardowo znajdziecie w tej rozmowie kilka standardowych pytań powtarzających się w Luźnych Pogaduchach, ale i kilka dotyczących zawodu i podejścia Pani Anny, której bardzo dziękuję za rozmowę. Zapraszam do lektury poniższego wywiadu.

Marta Kor: Czym dla Pani są książki? 

Anna M. Damasiewicz: Zdaję sobie sprawę, że to zabrzmi jak banał, ale książki w moim życiu odgrywają bardzo istotną rolę. W moim domu zawsze czytało się bardzo dużo. Zostawmy czas przeszły. Dziś książki stanowią moje źródło utrzymania. Choć jako grafik wykonuję różne projekty, to jednak okładki wśród nich wyraźnie dominują. Paradoksalnie, – czym bardziej moje prace były doceniane, co wiązało się ze zwiększeniem liczby zamówień, tym mniej pozostawało mi czasu na czytanie dla przyjemności. I nad tym ubolewam. Są okresy, gdy poza książkami, które opracowuję, a także tymi, które muszę przeczytać, aby doskonalić swój warsztat projektowy, nie mam już możliwości zająć się lekturą w sposób bezinteresowny. Ale zawsze mam odłożony stosik książek, które czekają na swój moment. I takie momenty się zdarzają, choć nie są zbyt częste. Powtórzę – żałuję, że tak jest, ale z drugiej strony przecież i tak nieustannie czytam, czytam, czytam…

Ksiazki_2

Ulubiony gatunek literacki?

Skoro, jak już wyjawiłam, zawsze czytałam bardzo dużo, to także siłą rzeczy poznawałam wiele gatunków. Te moje lektury przez wiele lat były, powiedziałabym, eklektyczne. Ale w ten sposób kształtowałam swój gust. Jak wiadomo, o gustach po pierwsze się nie dyskutuje, a po drugie – ulegają one zmianom. Po beletrystyce w pewnym momencie przyszedł czas, a raczej mogłabym powiedzieć – dojrzałam do reportażu, który ma w Polsce tak wspaniałe tradycje. Zaraz potem zaczęłam interesować się literaturą wspomnieniową i biografiami. Czyli skierowałam się ku historii. A pasje intelektualne realizowałam zaczytując się książkami z zakresu literaturoznawstwa, psychologii i historii sztuki. Te lektury okazały się bardzo przydatne w mojej pracy. Czyli czytanie popłaca.

Ulubieni autorzy? Polscy czy zagraniczni? Idole?

Bardzo ciężko dokonać takiego wyboru i ograniczyć się do kilku nazwisk… Z wieloma autorami, których teraz cenię, zetknęłam się po raz pierwszy w trakcie pracy, czyli przy okazji obowiązków. Ale raczej sięgnę do tych, których książki czytałam już dawniej i którzy mnie zauroczyli. Nie ma dla mnie znaczenia, jakiej narodowości jest autor. Choć ważne jest, aby tłumaczenie obcych tekstów było wysokich lotów.

Wymienię przede wszystkim Serba Milorada Paviča i Estończyka Jaana Krossa. Bardzo cenię Josepha Conrada i Roberta Gravesa. Wśród twórców literatury s-f i fantasy mogę wymienić Philipa K. Dicka i Ursulę K. Le Guin. Cenię książki Miki Waltariego. Nie mogę pominąć Mircei Eliadego, i to zarówno, jako literata, jak i autora prac z filozofii kultury. Właściwie mogłabym wymienić kolejne nazwiska, ale muszę się powstrzymać, aby nie powstało wrażenie, że bardzo lubię zbyt wielu.

Audiobooki_Christie

Jak odbiera Pani dzisiejszy rynek czytelniczy? Polacy czytają mniej, a może nie jest tak źle? 

Najchętniej poprosiłabym o zwolnienie mnie z odpowiedzi na to pytanie. Koń, jaki jest każdy widzi. O czytelnictwie w Polsce wypowiedziano już mnóstwo słów i wylano morze atramentu. Statystyki są nieubłagane. Jest źle, ale samo utyskiwanie nie zmieni tego stanu rzeczy. To jasne, że chciałabym, żeby czytelnictwo wzrosło. Wychowałam się na książkach, książki towarzyszą mi przez całe życie, moja praca wiąże się z książkami, z książką też doskonale wypoczywam. W moim domu czyta się bardzo dużo. Obracam się z kręgu ludzi, którzy również czytają. Z książek czerpię wiedzę. Nie wyobrażam sobie świata bez książek, czy to drukowanych, czy audiobooków, czy e-booków. I mam nadzieję, że nigdy nie nastanie taki czas, gdy książek nie będzie się czytać w ogóle. Ale może trzeba przyzwyczaić się do myśli, że czytelnictwo to zajęcie elitarne, a nie powszechne. Nikogo do czytania się nie zmusi. Powstają różne programy wspierające, jednak ich efekty raczej rozczarowują. Może z powodu za małych środków, a może, dlatego, że świat współczesny oferuje wiele zajęć konkurencyjnych wobec czytania książek. Ja w każdym razie głowię się, gdzie mam kolejne książki ustawiać. I życzę sobie, żebym miała tylko takie zmartwienia.

Pokrótce – czym się Pani zajmuje?

Pokrótce? Postaram się, choć nie będzie łatwo. Jestem projektantką, graficzką. Tworzę na zlecenie wydawców okładki książkowe. Staram się w tej pracy kierować dwoma zasadami. Po pierwsze – chcę utrzymywać wysoki poziom artystyczny, a po drugie – mieć przekonanie, że moje okładki sprawią, iż ludzie sięgną po książki, skuszeni ich oprawą graficzną, jeśli nawet nie znają autora. Książki to moja wielka miłość, poświęcam im znakomitą większość czasu. Ale projektuję również plakaty i inne materiały reklamowe, a także zajmuję identyfikację wizualną, czyli tworzeniem systemu znaków graficznych, w których rolę odgrywa i forma, i kolor, i liternictwo, pozwalających danej firmie na wyróżnienie się na tle konkurencji.

Ksiazki_1

Jak wygląda proces tworzenia okładki do książki? Z jakich materiałów Pani korzysta? Czy czytuje Pani wcześniej literaturę, którą ma Pani zobrazować czy otrzymuje Pani wytyczne? Od kogo: autora, wydawcy, redaktora? 

Mogę powiedzieć o pewnym modelu, który z różnych przyczyn nie zawsze funkcjonuje, jednak staram się, żeby zdarzało się to jak najrzadziej. Przede wszystkim zaczynam od przeczytania książki. To zajmuje kilka dni, tym bardziej, że przecież na lekturę nie mogę poświęcić całego czasu, bo inne prace domagają się należnej im uwagi. Książki często mają grubo powyżej 500 stron. Pomaga mi to, że czytanie jest moją pasją, w dodatku staram się stosować techniki wykorzystywane w procesie tak zwanego szybkiego czytania. Ideałem jest, po skończeniu lektury, „ponosić” w sobie jej treść przez jakiś czas przed przystąpieniem do pracy. To bardzo pomaga, choć trudno wytłumaczyć ten mechanizm, w którym główną rolę odgrywa chyba podświadomość. Po kilku dniach mam pewność, jakie elementy książki są najciekawsze, najbardziej charakterystyczne i co najlepiej przemawia do wyobraźni. To jest pewien zbiór, z którego trzeba wybrać to, co stanie się elementem organizującym projekt. Potrzebny jest wyrazisty motyw, który obudowuje się odpowiednim nastrojem, nadaje mu się, często symboliczną kolorystykę i uzupełnia o wzmacniające pożądane wrażenie liternictwo. Tak powstaje wstępny projekt. Jeden, drugi, trzeci… Potrzeba wielu prób i przymiarek. Na szczęście komputer pomaga tworzyć kolejne wersje dość szybko. Nie muszą być dopracowane do najdrobniejszego szczegółu, bo powstają one na mój użytek. Tworzę je tak długo, aż uznam, że mogę je pokazać innym osobom. Czyli na początku muszę być zadowolona z siebie samej. Te próby, zmiany, udoskonalenia trwają tak długo, aż uznam efekt za zadowalający. To jest pierwszy etap. Potem przychodzi czas na etap drugi, czyli uzgodnienia z wydawcą. Zdarza się, że także autor ma swoją opinię. Żadnej nie mogę zlekceważyć, choć oczywiście nie wszystkie mogę uwzględnić. Mam świadomość, że nie mogę być nieprzejednana. Ważne, aby znać granicę, do jakiej mogą sięgać proponowane zmiany. W końcu to ja jestem autorką grafiki. Czasami zaproponowany projekt poddawany jest jedynie kosmetyce, a czasami muszę go gruntownie przerobić. W każdym razie to, co ostatecznie trafia do drukarni, to efekt kompromisu.

Pani ulubiony projekt i ten, z którego jest Pani najbardziej dumna?

Nie ma takiego jednego projektu, to zrozumiałe. Staram się nie wpadać w samozadowolenie. Poza tym zmieniają się czasy, mody, techniki. To, co kiedyś było nowatorskie, dziś może wydawać się banalne, bo już powielone na wiele sposobów. Nie bez znaczenia jest to, o czym wspominałam przed chwilą, – że często muszę chodzić na kompromis. Jedno pozostaje niezmienne. Wolę te prace, które bazują na grafice. Od tej zasady wyjątki są bardzo nieliczne. Moja ocena jest całkowicie nieobiektywna, dlatego, że z procesem projektowania wiążą się różne wspomnienia, które wcale nie muszą mieć związku z samą książką. Ze wspomnieniami bywa przecież tak różnie. Ale faktem jest, że gdybym musiała stworzyć portfolio składające się z kilku zaledwie projektów, to spośród tych starszych wybrałabym okładki „Pana Klarneta” Nicka Stone’a, „Głosów” Christy Bernuth i „Syna Człowieczego” koreańskiego pisarza Yi Munyŏla. A z tych stosunkowo świeżych wymieniłabym „Oną” H. Rider Haggarda czy „Braci Hioba” Rebeki Gablé.

Biedronka_1

Okładki minimalistyczne, rysowane, czy złożone ze zdjęć? 

Co innego moje osobiste upodobania, co innego oczekiwania zleceniodawcy. Gdyby to zależało wyłącznie ode mnie, tworzyłabym w większości projekty bazujące na grafice. Dlaczego? Bo grafika operuje symbolem, skrótem myślowym, skojarzeniem, niedopowiedzeniem, daje możliwość stworzenia takich nierzeczywistych światów, których z pomocą fotografii nie uda się wykreować. To, dlatego, że fotografia jest bardziej dosłowna i jednoznaczna. Grafika pozostawia odbiorcy wiele pola do własnej interpretacji, a fotografia narzuca sensy jednoznaczne. Jednak współczesność ma charakter obrazkowy, a właściwie zdjęciowy. Przecież każdego dnia, dzięki technice cyfrowej, dzięki powszechności smartfonów, na świecie powstają niepojęte terrabajty fotografii. Zdjęcie dominuje przekaz. Trochę nad tym ubolewam, ale skoro tworzę grafikę użytkową, to nie mogę ignorować przyzwyczajeń użytkowników, czyli ewentualnych czytelników. Zresztą na korzystanie z fotografii nalegają również wydawcy. Mam nadzieję, że jednak z czasem ten trend się odwróci i będzie można zaciekawić czytelnika także bardziej subtelnymi projektami.

W dzisiejszych czasach sporo okładek się powtarza ze względu na korzystanie ze stockowych zdjęć – jaki ma Pani do tego stosunek? 

Raczej nietrudno zgadnąć, że nie jestem ich miłośniczką. Jednak korzystanie z banków zdjęć jest nieuniknione. Niemożliwością jest przecież, żeby wymyślić sobie jakąś fotografię, jakiś kadr i upierać się przy nim, niezależnie od możliwości: technicznych, czasowych, budżetowych. Nie ma, co się łudzić. Pieniądze na projekt okładki z reguły są niewielkie. Zdarza się, że wydawca kupuje zdjęcia w jakiejś agencji stockowej bezpośrednio, nie odliczając wydanej kwoty od przewidzianego budżetu dla projektanta. Nie jest to jednak stała praktyka. Często dostaję do dyspozycjo określone pieniądze i muszę nimi gospodarować. Sama zamawiam zdjęcia i za nie płacę. Jest to oczywiście dla mnie koszt. Im więcej wydam, tym mniej zostanie, jako wynagrodzenie za pracę. Zresztą kosztują nie tylko zdjęcia. Inwestuję również w nowe, ciekawe kroje pisma, czyli fonty. To znów zmniejsza mój dochód. Ale to nieuniknione. Zdjęć stockowych jest olbrzymia liczba, trzeba nauczyć się szukać wśród nich, aby nie strawić dni lub tygodni na dotarciu do tego jedynego, które pasuje do konceptu.

Czy Pani praca jest jednocześnie Pani pasją?

O tak, mogę z czystym sumieniem tak powiedzieć. To pasja, która w olbrzymiej części wypełnia moje życie. Przecież należę do grupy tych szczęśliwców, którzy zarabiają na życie realizując swoją pasję. Co prawda ma to czasami niepożądane konsekwencje. Przede wszystkim mam na myśli to, że moja praca trwa w zasadzie na okrągło. Bo o realizowanych i przyszłych projektach myślę bez ustanku, nawet bezwiednie. Czasami nawet o nich śnię. Staram się wymyślać nowe rozwiązania, szukać nowych źródeł inspiracji, odnajdywać w sobie pokłady empatii, które wyzwalają potrzebny rodzaj ekspresji. I muszę pamiętać, że wynik nie ma służyć mnie czy jakiejś abstrakcyjnej idei. Projektując okładki, uprawiam sztukę użytkową, której celem jest nakłonienie ewentualnych czytelników do lektury. Przy realizacji tej zawodowej, ale i życiowej pasji muszę uważać szczególnie na jedną sprawę – muszę się rozwijać. Po to, aby nie zacząć się powielać. To też jest sztuka. Mam nadzieję, że ją posiadłam.

fot_Edyta_Stala_084dJak z Pani perspektywy powinna wyglądać dobra „recenzja/opinia” – jej składowe? Jakie cechy powinien mieć potencjalny recenzent i jego strona? 

Nie sądzę, aby w ocenie recenzji odgrywała rolę jakaś szczególna perspektywa. Recenzja powinna być przede wszystkim rzetelna i uczciwa. Rzetelna, mówiąc najprościej, to taka, z której wynika, że książka została przeczytana. Wydaje się, że to oczekiwanie oczywiste. Ale coraz częściej zdarzają się recenzje pisane na podstawie streszczeń, zasłyszanych opinii, blurbów lub nawet plotek. Taka praktyka prowadzi donikąd. To nie tylko wprowadzanie w błąd odbiorcy, ale krzywda, którą wyrządza sobie sam recenzent. Bo to i tak wyjdzie na jaw, wcześniej czy później, a zatarcie złego wrażenia może okazać się nie tylko trudne, ale czasami wręcz niemożliwe. A recenzja uczciwa… Cóż… Czy muszę wiele mówić na temat tekstów pisanych za pieniądze, na zlecenie, a w dodatku z podaną jedynie słuszną tezą? Takie sytuacje są naganne, o ile oczywiście prawdziwe intencje recenzenta są ukryte. Nie można mylić recenzji z reklamą lub tekstem sponsorowanym. Poza rzetelnością i uczciwością mogłabym wymienić jeszcze wiele innych cech, tylko odrobinę mniej ważnych, jak choćby sprawne posługiwanie się językiem polskim lub umiejętność logicznego formułowania myśli. Ale przecież nie moją rolą jest pouczanie recenzentów. Jeśli teksty czyjegoś autorstwa mi nie odpowiadają, po prostu ich nie czytam. A tak na zakończenie dodam, że jednak miło mi, gdy ktoś dostrzeże owoc mojej pracy i wspomni o projekcie okładki. Oczywiście mam na myśli rzetelną i uczciwą ocenę pozytywną.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Okładki prezentowane na zdjęciach w LP są autorstwa Pani Anny, a wszystkie zdjęcia są jej własnością. Zainteresowanych zapraszam na stronę i blog Pani Anny, gdzie znajdziecie więcej informacji i okładek, które zaprojektowała.

|www|blog| portfolio|

  • Pingback: Small Talk on OkiemMK.com |()

  • To wspaniałe, kiedy praca jest jednocześnie pasją. Też bym tak chciała 🙂 Niezwykle interesujący wywiad. Przeczytałam go z przyjemnością.

Translate »