in Endometrioza

Endometrioza, niepłodność, czyli ja w obiektywie…

at
endometrioza-nieplodnosc-czyli-ja-w-obiektywie

„Lekarze mniemają, że wiele pomogli choremu, gdy potrafili nadać chorobie odpowiednią nazwę.” Immanuel Kant

Tym przepięknym cytatem Kanta warto, by rozpocząć ten post. Wielu moich czytelników wie, iż choruję na endometriozę i leczę się na niepłodność. Nie są to dla mnie łatwe tematy. Nienawidzę selfie, nie lubię wynurzeń natury osobistej w Internecie, ale mówienie o tych dwóch kwestiach jest dla mnie swego rodzaju terapią. Pomaga mi przetrwać najtrudniejsze chwile. A Endometrioza to dziadostwo! Szczególnie, że może i lekarze nazwali tę chorobę, ale mimo tego, że odkryto ją ponad 100 lat temu nadal nie wiedzą skąd się bierze i jak z nią walczyć. Perspektywy na przyszłość – pierwsza klasa!

Dziś mija trzeci dzień mojego niekończącego się bólu głowy. Leki nie pomagają, spać i jeść nie mogę. Nie mogę czytać, sklecić porządnego tekstu o 4 książkach, które mam przeczytane. Jestem mocno zmęczona, obolała i zrezygnowana. Potrzebuję sporo pozytywnej energii, bo jedynym plusem tej sytuacji jest to, że schudłam 3 kilo.

Endo...Endo... Endometrioza!

Ale wracając do głównego tematu: od miesiąca nie biorę żadnych leków. Wykorzystałam już wszystkie tradycyjne i nieinwazyjne metody leczenia niepłodności i zrobiłam sobie 3 miesiące przerwy od wszystkich tych świństw, które muszę brać. 4 lata prób starczą. Intensywnie myślę o in vitro, które przy III stopniu endometriozy (po operacjach spadłam z IV stopnia) okazało się jedyną szansą na urodzenie własnego dziecka. Nadal mam wątpliwości i uważam, że to dobrze, bo to znaczy, że myślę o tym poważnie, że nie robię tego od tak. Dodatkowo dochodzi ogromny żal do osób, które mnie potępiają za to, że chcę się na in vitro zdecydować. Przecież nikt rozsądny nie będzie się truł tą całą chemią jeśli nie będzie miał wyboru. Jeśli nie wykorzysta wszystkich możliwych opcji. Większość z tych hejterów tak naprawdę nie wie co przeżywają takie osoby jak ja. Nieuleczalna choroba. Naciski społeczeństwa, rodziny i własnego organizmu. Chęć posiadania „pełnej” rodziny. Niemożliwość całkowitego odpuszczenia. Nie wiem ile wiecie o endometriozie, ale to choroba nieuleczalna, na którą nie ma leków. Można ją tylko hamować hormonami, które są jednocześnie antykoncepcją, więc staję przed wyborem: odpuszczenie, próbowanie kilka lat bez leków, lekarzy, czyli w sporym stopniu pozwalanie na rozprzestrzenianie się choroby lub po tylu latach prób z ogromną ilością leków spróbować ostatni raz poprzez in vitro. Brać leki i żyć w miarę znośnie. Ktoś może mnie uznać za egoistkę, no cóż jestem nią. Chcę wykorzystać wszystkie możliwe szanse. Jeśli się nie uda nie będę miała do siebie pretensji. Może wtedy dojrzeję i zdecyduję się na adopcję. Teraz nie jestem na nią gotowa.

Kończąc ten tekst dość buntowniczo: chciałabym, aby wszyscy hejterzy odpieprzyli się ode mnie i moich wyborów. Ja im nie narzucam mojego zdania, niech oni dadzą mi żyć i samej wybierać. Jak stanę przed Bogiem to on mnie osądzi – nie ksiądz, pani ze spożywczaka czy jakaś pani polityk. Naprawdę ilość nienawiści w tak katolickim społeczeństwie przeraża mnie.

W gazecie trafiłam na ten oto cytat:

„Nie wiem, co jest kluczem do sukcesu, ale kluczem do klęski jest chcieć zadowolić wszystkich.”

Idealnie nadaje się on na motto życiowe. I to nie tylko przy mojej sytuacji, ale i każdej innej. Nie jesteśmy w stanie zadowolić każdego. Zawsze znajdzie się ktoś komu coś nie będzie pasować, więc róbcie swoje i walczcie o swoje z pewną dozą samokrytycyzmu.

Ślę Wam całusy i wracam do pracy, bo niestety mimo tak złego stanu samopoczucia muszę dokończyć kilka spraw.

Za to jestem ciekawa szczerych opinii moich czytelników. Co Wy myślicie o in vitro? O całej tej nagonce? Jeśli jesteście przeciw nie bójcie się wypowiedzieć.

Żeby ten tekst miał w sobie odrobinę dydaktyki poza tą podnoszącą morale zapraszam Was do artykułów o endometriozie>>, które powoli pojawiają się na tej stronie.

Share:
Translate »