[wywiad/rozmowa] Luźne Pogaduchy z Alicją Złotkowską prawdziwą pasjonatką, autorką oraz głównodowodzącą w Wydawnictwie Książkożerca
W Dzisiejszych pogaduchach pragnę zaprezentować Wam Panią Alicję Złotkowską, która przy bliższym poznaniu okazała się niezwykle ciepłą, otwartą osobą, która po prostu kocha książki. Ta wielbicielka zwierząt jest głównodowodzącą w Wydawnictwie Książkożerca oraz autorką dwóch publikacji: Język emocji społeczności internetowych oraz Dziewięć kotów. Z przyjemnością mi się z nią gawędziło, dlatego zachęcam Was do przeczytania poniższej rozmowy, gdyż jest to osoba podzielająca zdanie typowego czytelnika. Poza tym niebywale podoba mi się to, iż stara się wypromować polskich autorów. Pozdrawiam Was ciepło, życzę przyjemnej lektury i zapraszam do dyskusji.

Jest ich sporo. Na gruncie polskim w czołówce na pewno znajdzie się Anna Brzezińska. Ogólnie dzielę pisarzy, których cenię, na dwie grupy – zdolnych rzemieślników (zazwyczaj strukturalistów) oraz artystów słowa. Co prawda, niektórzy wpisują się w obie te grupy jak np. Stephen King. Jego współczesne książki określiłabym mianem bardzo dobrego wyrobu rzemieślniczego, jednak początek cyklu o Mrocznej Wieży czy nawet niedoskonały Blaze – jedna z pierwszych powieści Kinga, wydana po latach pod pseudonimem – dla mnie te książki po prostu mają duszę. Mogą czasem zgrzytać w zębach, bo nie są typowym wyrobem popkultury, jednak na pewno wiele wnoszą do literackich poszukiwań w ogóle.
Ulubiony cytat i zarazem sentencja –„Nie ma szczęśliwych zakończeń, bo nic się nie kończy” – ‘Ostatni Jednorożec’ Beagle’a. To przypomina mi, że nigdy nie jest tak do końca dobrze, ani do końca źle. Krąg życia jest nieprzerwany i dlatego najważniejsze, to przeżywać swoje życie, nie bać się bólu, nie spoczywać na laurach. Zaś ulubiony wiersz… Mam dwa, które wzruszają mnie zawsze, mimo że czytałam je już dziesiątki razy. ‘Bez imienia’ Baczyńskiego i ‘Kot w pustym mieszkaniu’ Szymborskiej. Chyba więc lubię się czasem zasmucić… 😉
Moim zdaniem jest dobrze i jest źle zarazem. Rynek książek wciąż walczy. Proszę zauważyć, że wiele premier filmowych ma swoje odbicie również na rynku księgarskim. To dlatego, że teraz coraz częściej wpierw ogląda się film czy serial, a dopiero później czyta powieść, na podstawie której został on nakręcony. To przekonuje do czytania osoby, którym książki kojarzyły się dotychczas tylko z nudnymi lekturami szkolnymi. To jest na plus. Na minus jest jednak fakt, że czytając, takie osoby widzą postacie z ekranu, nie uruchamiają więc w pełni swojej wyobraźni.Książkożerca powstał z miłości do książek. Po prostu. Już na studiach chciałam składać książki. To jednak nie jest łatwa praca, a też bałam się, że zwyczajnie nie poradzę sobie z prowadzeniem firmy. Udało mi się jednak w końcu znaleźć pracę „w branży” jako redaktor. Przez trzy lata pracowałam w grupie mediowej. Wymagało to ode mnie tego, co określam mianem rzemieślnictwa. Nauczyłam się pisać pod linijkę – o wszystkim, na zamówienie. Wiele się nauczyłam, choć gdzieś tam moja pasja cierpiała. Gdy w 2012 przejęłam obowiązki redaktora naczelnego całej grupy i zamiast pisać, bardziej musiałam się skupić na organizowaniu pracy biura i prowadzeniu dużych kontraktów, przestałam się bać. Te trzy lata pomogły mi znaleźć siłę, by rzucić się na głęboką wodę i zacząć coś samej, zupełnie od zera. Postanowiłam zająć się tym, czego w naszym kraju się jeszcze nie robi profesjonalnie – e-bookami. Studiując we własnym zakresie wiedzę techniczną, jak i badania dotyczące higieny wzroku, starałam się opracować szkielet „idealnego” e-booka. Oczywiście, składanie książek to nie wszystko, by powstało prawdziwe wydawnictwo. Od początku wspierali mnie inni pasjonaci, moi znajomi i przyjaciele. Zawsze gdzieś tam obracałam się w środowisku, które kochało książki, dlatego na początku Książkożerca był taką naszą fanowską inicjatywą. Chcieliśmy pomagać młodym, startującym pisarzom. Ten cel zresztą dalej jest przez nas realizowany. Nie kupujemy tytułów zagranicznych, mamy bowiem przekonanie, że jeszcze wiele nieoszlifowanych diamentów da się znaleźć na naszym gruncie rodzimym.
Och, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Jestem fanką fenomenologicznej metody badawczej jeśli chodzi o literaturę. Jej idea opiera się na indywidualnym odbiorze każdego czytelnika. To samo, więc dotyczy recenzenta. Niech pisze się o tym, co się poczuł w trakcie odbioru książki, a nie porównuje swoje odczucia z tymi, opisanymi na innych serwisach. Jest tylko jedyna zasada, jaka powinna wiązać: „Nie spoilerować bez ostrzeżenia”. 


